Czułam, jak czas przyspiesza, choć dni zlewały się w jedno. Zima przyszła nagle i nie pytała o zgodę. Każdy tydzień drogi uczył mnie pokory wobec chłodu, zmęczenia i własnego ciała. Przygotowania były koniecznością, nie luksusem. Najpierw grube ubrania, potem drobiazgi, które robiły ogromną różnicę, ciepłe wkładki do butów, zioła na rozgrzewające napary, prowiant, który można było zjeść bez ognia. Czułam spokój wynikający z rozsądku. Dzięki temu droga nie była walką z chaosem, lecz długim, wytrwałym marszem. Woźnice, sanie, karczmy i małe wioski po drodze dawały chwilę wytchnienia. Każda noc pozwalała mi zebrać myśli i energię, a świadomość dobrze zaplanowanej wyprawy trzymała mnie w pionie.
Kiedy dotarliśmy pod pasmo górskie, poczułam respekt. Las był gęsty, ciężki od ciszy i historii, które zdawały się w nim tkwić. Wiedziałam, że nie brakuje tu zagrożeń, zwierząt, bandytów, urwisk i opowieści o duchach, ale strach nie był tym, co dominowało. Była raczej czujność i gotowość. Ruszyliśmy przed siebie, ufając pogodzie i światłu dnia. A potem ścieżka się rozdzieliła. Jedna wąska, stroma i bezpośrednia. Druga łagodniejsza, udeptana przez innych, bezpieczna. Zatrzymałam się i wsłuchałam w siebie. Pomyślałam o tym, że łatwa droga zawsze kusi obietnicą spokoju, ale rzadko prowadzi tam, gdzie naprawdę chcę dotrzeć. To, czego szukam, nie leży na traktach kupców. Leży tam, gdzie trzeba zaryzykować, zaufać własnej sile i zaakceptować niebezpieczeństwo jako część drogi. W ciszy lasu poczułam, że chcę wybrać ścieżkę trudniejszą. Bardziej stromą, bardziej wymagającą. Taką, która wystawi mnie na próbę i zmusi do wzrostu. Jeśli mam iść naprzód, to właśnie tam, gdzie droga nie obiecuje niczego łatwego. -Usagi-san, moja droga nigdy nie była tą po której wszyscy chodzą, las to nas sprzymierzeniec, a Pustelnik, nie może mieszkać we wsi! To by było BEZ SEEEEENSUUUU! - bardzo dosadnie zaintonowałam końcówkę, tak jakbym dokonała jakiegoś olbrzymiego odkrycia - -IDZIEMY DZIKĄ DROGĄ ! - ruszyłam dziarsko przed siebie wskazaną drogą.
Po przekroczeniu bramy południowej mróz uderzył we mnie mocniej. Powietrze paliło przy każdym wdechu i od razu zrozumiałam, że nie możemy iść tak, jak staliśmy. Przed nami były dni, może tygodnie drogi, a góry zimą nie wybaczały braku przygotowania. Obserwowałam, jak Shigemi rozgląda się po okolicy, jakby już w głowie układał plan, a ja po prostu szłam obok, ufając w jego rozsądek i czując, jak chłód przegryza mi się przez buty. Wkrótce trafiliśmy na handlarzy, którzy przygotowywali wozy i sanie. W ich towarzystwie zimno wydawało się mniej groźne, jakby oni sami byli przyzwyczajeni do takich warunków. Kupiliśmy grube koce z owczej wełny, te najcięższe, pachnące świeżą lanoliną. Kiedy owijałam się jednym z nich, poczułam, że mróz w końcu ma trudniej przebić się do skóry. Następnie Shigemi kupił buty i rękawice, dla naszej dwójki. Zakupiliśmy też zapas herbat i ziół, suszonych owoców, sucharów podróżnych, fasoli, słodyczy i nawet smalcu na czarną godzinę. Wszystko to było praktyczne, a przy tym budziło poczucie bezpieczeństwa. Na końcu odpieczętowaliśmy nasze płaszcze podróżne, które kiedyś przygotowaliśmy, gdyby przyszło nam ruszać w drogę w gorszych warunkach. W miejsce odpieczentowanych płaszczy zapieczentowałam suche drewno na rozpałkę oraz krzesiwo, drewna w lesie nigdy nie brakuje, ale suchego do ogniska zimą już może zabraknąć.
Wyczuwalny chłód towarzyszył nam od pierwszego kroku poza granicę wioski. Śnieg skrzypiał pod stopami tak głośno, jakby chciał nas ostrzec przed tym, co czeka dalej. Kiedy wiatr uderzył w nas prosto z otwartej przestrzeni, aż odruchowo owinęłam się szczelniej kocem. Wiedzieliśmy, że piesza wędrówka przez całą trasę mogłaby skończyć się odmrożeniami, dlatego po zakończeniu zakupów Shigemi zorganizował sanie. Fale zimnego powietrza uderzały w nas za każdym zakrętem, a ja czułam, jak dłonie zaczynają drętwieć mimo rękawic. Jednak z saniami dotarliśmy o wiele dalej niż dalibyśmy radę pieszo. W osadzie przy rozdrożu pożegnaliśmy furmana, uzupełniliśmy zapasy, ogrzaliśmy się w karczmie i wypoczęliśmy jedną noc. Gdy tylko nadarzyła się okazja, złapaliśmy kolejne sanie, prowadzone przez młodego chłopaka jadącego dalej na południe. Ciekawa byłam co ten Shunsuke potrafi, co mogłoby zmienić moje życie, może powinnam o to ją zapytać? W przypływie tych wszystkich emocji po prostu zapomniałam, a Shigemi, jak to Shigemi oczywiście wszystko olał.
Stałam pośród nich, otoczona przez dziesiątki znajomych twarzy, które w ostatnich miesiącach przestały być już tylko mieszkańcami wioski. To byli ludzie, których losy splotły się z moim i Shigemiego w sposób nieodwracalny. Czułam ich wdzięczność, choć nie potrzebowałam słów, by ją zrozumieć. Wystarczyło spojrzeć w ich oczy. W ich spojrzeniach była ulga, ale też smutek, jakby pożegnanie miało coś z końca pewnego rozdziału, który przyniósł tyle bólu, co nadziei. Ciepło ich dłoni, dotyk ramion obejmujących w geście podziękowania, dzieci tulące się nieśmiało do mojej nogi – wszystko to miało w sobie szczerość, jakiej nie pamiętałam od dawna. Kiedy podeszła Narumi, w mojej piersi ścisnęło się coś ciężkiego. Była zmęczona, lecz spokojna, zupełnie inna niż wtedy, gdy spotkaliśmy ją po raz pierwszy, ranną i zrozpaczoną na polanie. Teraz wyglądała dojrzalej, jak ktoś, kto przeszedł przez ogień i wyszedł z niego silniejszy. Gdy mnie objęła, nie potrafiłam powstrzymać drżenia w ciele. Poczułam, jak emocje z tygodni walki, strachu i odpowiedzialności skumulowały się w jednym, krótkim uścisku. Jej słowa o pustelniku, który mógłby mi pomóc, odbiły się echem gdzieś głęboko, tam, gdzie od dawna nie dopuszczałam nadziei. Spojrzałam na swój pusty rękaw, delikatnie poruszony wiatrem, i przez chwilę miałam wrażenie, że słyszę dźwięk liści – taki sam, jaki wydawały drzewa, kiedy po raz pierwszy próbowałam użyć Mokutonu po utracie ręki. Imię Shunsuke zabrzmiało w mojej głowie dziwnie znajomo, choć wiedziałam, że nigdy wcześniej go nie słyszałam. Może to przez ton Narumi, a może przez to, że po raz pierwszy od dawna ktoś powiedział mi wprost, że istnieje nadzieja. Nie wiedziałam, co myśleć. Jedna część mnie chciała wierzyć, że ów starzec faktycznie zna sposób, by przywrócić mi to, co straciłam, a druga obawiała się, że to tylko kolejna droga prowadząca donikąd. Kiedy ostatni raz spojrzałam na Narumi i ludzi, których uratowaliśmy, poczułam ciężar ich wdzięczności i nadziei spoczywający na naszych barkach. Pożegnałam ich uśmiechem – tym cichym, delikatnym, który był bardziej wyrazem wdzięczności niż radości. Potem ruszyliśmy ze Shigemim w stronę południowego horyzontu, gdzie góry rysowały się w błękicie. Wiedziałam, że to, co przed nami, nie będzie łatwe, ale w moim sercu tliła się iskra – coś pomiędzy wiarą a ciekawością. Może to właśnie tam, w cieniu wisterii, czekał na mnie początek nowej drogi. -To chyba nie mamy wyboru, ruszamy na południe Usagi-san! - spojrzałam na Narumi, podbiegłam do niej przytuliłam najmocniej jak tylko potrafiłam i dałam jej soczystego buziola w policzek. -Dziękuję, to będzie nasz pierwszy cel! - uszczypnęłam ją w boczek i z pełną radością odbiegłam od niej do Shigemiego. Pomachałam wszystkim na odchodne i ruszyliśmy ku południu...
Festiwal, który nie ma swojej stałej daty, jego rytm, początek oraz koniec definiuje matka natura. Wraz z pierwszymi kwiatami rozpoczyna się świętowanie, jednak nieklasyczne - fajerwerki czy inna impreza. Jest to festiwal polegający na kontemplacji, medytacji oraz zrozumieniu natury. W tym szczególnym czasie członkowie klanu Senju jeszcze bardziej przykładają się do dbania nad Prastarym lasem, pielęgnując zwłaszcza rośliny. Jeśli pozwala na to pogoda to częstym sposobem na świętowanie jest oglądanie gwiazd pod gołym niebem z najbliższymi lub ukochanymi.
Czułam, jak ciało odmawia mi posłuszeństwa, a każdy mięsień drży z wysiłku. Technika, którą właśnie użyłam, wyssała ze mnie ostatnie resztki sił, a ból po ranach rozlewał się coraz głębiej, pulsując w rytmie przyspieszonego serca. Oddychałam płytko, czując, że świat wokół mnie staje się rozmazany, a kolory bledną. Skupiłam się tylko na tym, by utrzymać pieczęć jeszcze przez chwilę, wystarczająco długo, by drewno oplątało przeciwnika i odebrało mu możliwość ruchu. Kiedy jego katana opadła na ziemię, błękitny blask powoli gasł, a ja miałam wrażenie, że razem z nim gaśnie też moja świadomość. Kiedy Shigemi pojawił się obok unieruchomionego wroga i wstrzyknął mu coś, przez sekundę nie byłam pewna, czy dobrze widzę. Wiedziałam jednak, że to oznaczało koniec tej walki. Czułam, jak napięcie, które ściskało mi gardło i klatkę piersiową, zaczyna puszczać. A potem poczułam jego chakra, ciepłą i stabilną, jak strumień wiosennego słońca rozlewający się po ciele. Ból powoli stawał się mniej ostry, oddech łatwiejszy, a świadomość wracała. Uczucie ulgi ogarnęło mnie całkowicie, tak silne, że przez moment zapomniałam o tym, gdzie jestem. Wiedziałam tylko, że żyję i że mogę jeszcze wstać. -Dziękuję, znowu przesadziłam... - westchnęłam tylko na tyle było mnie stać, a z moich oczu popłynęły łzy, bólu, złości, bezsilności oraz strachu, chociaż tego ostatniego coraz mniej, wiedziałam, że skoro on już tu jest to będzie dobrze. Może nie będzie idealnie, ale będzie lepiej. Skupiłam się na spokojnym cieple, które rozprzestrzeniało się po mnie i tym przyjemnym mrowieniu, mimo że dalej trzęsłam się i było mi zimno to moja dusza była dużo bardziej spokojna.
Narumi pojawiła się w moim polu widzenia jak przez mgłę. Najpierw usłyszałam jej przyspieszone kroki, potem zobaczyłam sylwetkę poruszającą się w moją stronę. Była poraniona, zmęczona, ale w jej ruchach wciąż było coś z determinacji. Przez chwilę myślałam, że to omamy, że z bólu tracę kontakt z rzeczywistością. Poczułam jej obecność dopiero wtedy, gdy uklękła obok mnie. Jej dłonie były ciepłe i drżały, kiedy dociskała materiał do moich ran. Czułam, jak bandaż szybko nasiąka, jak krew wsiąka w tkaninę, jak każdy oddech staje się coraz cięższy. Patrzyłam na nią i widziałam, że się boi. Nie musiała nic mówić. Strach malował się w jej oczach, w drobnych ruchach rąk, w tym, jak ściskała moją dłoń. A ja… ja czułam coś dziwnego. Może wdzięczność, że ktoś tu był, nawet jeśli nie mógł mnie uleczyć. Może ulgę, że nie umieram sama. Może złość na siebie, że doprowadziłam do tego stanu. Wiedziałam, że nic więcej nie mogła zrobić. Wiedziałam też, że jeśli Uchiha się nie pojawi, to ta scena może być moim ostatnim wspomnieniem. Więc zacisnęłam zęby, skupiłam się na jej twarzy i na tym, że jeszcze oddycham. Jeszcze walczę. Choćby tylko po to, żeby ona nie musiała puszczać mojej ręki.
Muszę mu pomóc, POMÓŻ mi złożyć tę pieczęć - westchnęłam i skurczyłam się, chcąc rękoma zatamować krew. Tylko tyle mogłam, dygocąc w strachu i krwi..., skupiłam się z całej siły ile mogłam, jednak zanim to zrobiłam, zobaczyłam jak Shigemi coś nam rzuca, przyjęłam od dziewczyny pigułki, tak, aby uzupełniły moje siły, połknęłam i skupiłam się na moim przeciwniku i wraz moją przyjaciółką złożyłam pieczęć, skupiona chakra powędrowała do miejsca, gdzie stał przeciwnik Shigemiego, jeśli planował cokolwiek zrobić to planuję go po prostu złapać i unieruchomić na tyle ile mogę, chciałam być użyteczna...
Ból był wszechobecny. Pulsował w mojej głowie, w klatce piersiowej, w brzuchu, w każdym miejscu, które przed chwilą przecięła ta zimna, bezlitosna stal. W jednej chwili wszystko, co robiłam, stało się zbyt ciężkie. Próbowałam walczyć, naprawdę próbowałam, ale on był nie tylko szybszy, on był dokładniejszy. Wiedział, co robi. Każde jego cięcie było celowe. Każdy ruch — wyważony. Kiedy drewno znów zawiodło, kiedy ziemia przestała mnie słuchać, kiedy już nic nie chciało działać tak jak powinno, poczułam się jak dziecko próbujące powstrzymać lawinę gołymi rękami. Widziałam, jak Choushirou biegnie w moją stronę, krzycząc coś, czego nie dosłyszałam przez własne zaciśnięte zęby i łomot krwi w uszach. Widziałam, jak bezsilnie odbija się od wroga, jak jego ciało ląduje z impetem kilka metrów dalej. Poczułam przypływ gorąca, choć ciało było zimne. Potem zalał mnie wstyd. Bezsilność. Wściekłość. Na siebie. Na niego. Na wszystko. Chciałam krzyczeć, ale gardło miałam zaciśnięte, jakby coś próbowało powstrzymać mnie przed okazaniem słabości. A potem zabrzmiał róg. Ten dźwięk... nie był sygnałem. To było wołanie o pomoc. Brzmiało jak ostatnia nadzieja. Jak resztki siły kogoś, kto też nie chciał się poddać. Zacisnęłam zęby i poczułam, jak coś we mnie pęka. Ale jeszcze żyłam. I dopóki żyłam, dopóty ten koszmar się nie skończył.
Ja umieram...? - westchnęłam i skurczyłam się, chcąc rękoma zatamować krew. Tylko tyle mogłam, dygocąc w strachu i krwi...
Bezsilność. To uczucie przenikało mnie coraz głębiej z każdą kolejną chwilą tej walki. Drewno nie działało. Techniki ziemi były nieskuteczne. Mężczyzna naprzeciwko mnie zdawał się być zaprojektowany tylko po to, by zneutralizować każdy mój atut. Mimo że wciąż miałam chakrę, zrezygnowałam z jej używania. Nie dlatego, że się poddałam, ale dlatego, że uznałam, iż dalsze marnowanie sił nie ma sensu. Musiałam myśleć inaczej. Szybciej. Prościej. Instynktownie. Serce zabiło mi mocniej, gdy zobaczyłam błysk wyładowania. Prąd pędził prosto w nas, w moją stronę i w stronę chłopaka. Wiedziałam, że ja zniosę to lepiej niż on. Ruszyłam. Rzuciłam się do przodu i odepchnęłam Choushirou, niemal w tym samym momencie uskakując w bok. Wyładowanie minęło mnie o włos, przeszywając powietrze tuż przy moich nogach. Gdy upadłam na ziemię, czułam jak serce wali mi w piersi. Żyliśmy, ale to nie był koniec. Zamachnęłam się i sięgnęłam po shurikeny. Rzuciłam je z nadzieją, że cokolwiek osiągnę, ale on zbił je jakby były robaczkami w locie. Bez cienia wysiłku. Zacisnęłam zęby i wyciągnęłam kunai z notką. Posłałam go przed siebie i poczułam ulgę, gdy eksplozja wstrząsnęła ziemią. Niestety, gdy dym opadł, zobaczyłam go znowu. Żywego. Zasłonił się. Był czujny. Odskoczył, ale zaraz znów ruszył. Z tą samą furią, z tą samą precyzją, jakby nigdy się nie zatrzymywał. Dystans między nami był jeszcze do opanowania. Około piętnastu metrów. Musiałam go zatrzymać. Nie mogłam pozwolić, by przeszedł dalej. Nie do kaplicy. Nie do nich. Nie do dzieci. Było bardzo ciężko, cokolwiek nie zrobiłam, on to kontrował celnie i skutecznie. Ale to jeszcze nie był koniec. -Teraz taki znak i trzymaj się mocno na nogach albo złap się mnie!- krzyknęłam do mojego towarzysza i pokazałam mu połowę pieczęci węża, gdy on ją złożył szybko przykładam swoją rękę do jego dłoni, a następnie aktywuję technikę Doton: Tsuchi Nami no Jutsu, aby powalić przeciwnika, następnie krzyczę do Choushirou: -Teraz ta pierwsza i uciekaj! - złożyłam z nim pieczęć i na moim ramieniu wyrosła piękna, drewniana ręka z drewna wiśni oraz pokryta sakurami. Szybko przykleiłam na jej pięści notkę wybuchową, a następnie postanowiłam zaszarżować na przeciwnika i wyprowadzić mu cios jednocześnie unikając jego ostrza katany, ręka przynajmniej na czas podtrzymywania jej chakrą zachowywała się normalnie. Więc chciałam wyprowadzić mu bezpośredni cios w ciało, jednak to nie był koniec, jeśli mi się udało go uderzyć, to natychmiastowo dezaktywuję technikę i zostawiam z nim moją roślinną rękę, na którą dopiero co nakleiłam notkę i odskakuję ile sił w nogach w stronę Choushirou. W trakcie mojego odskoku aktywuję notkę wybuchową oraz sięgam do torby po prezent jaki dostałam od Shigemiego czyli jego bojową pigułkę żywnościową. Dyszałam mocno, byłam cholernie wyczerpana, ale jeszcze bardziej zdeterminowana.
Opis Po złożeniu pieczęci i przyłożeniu dłoni do ziemi podłoże wokół użytkownika zachowuje się niczym wzburzone morze. Grunt faluje na tyle mocno, że trzeba skupić się by nie upaść. Sam wykonawca nie odczuwa efektu techniki będąc w jej centrum. Jutsu trwa tak długo jak użytkownik dotyka dłonią ziemi i płaci swoją chakrą. Tsuchi Nami no Jutsu pozwala też aktywować pułapki w otoczeniu, choć ze względu na zasięg działania może okazać się to niebezpieczne dla użytkownika.
Technika uwolnienia drewna pozwalająca na chwilową rekonstrukcję kończyny - w tym przypadku ramienia. Dopóki użytkownik podtrzymuje przepływ chakry jest w stanie nią poruszać, jednak gdy tylko przepływ chakry się skończy ręką odpada. Wytworzona kończyna z powodzeniem zastępuje prawdziwe ramię, jednak jej ruchy odbywają się przy pomocy manipulacji kekkei genkai Mokutonu. Niemożliwe jest wykonywanie przy jej pomocy technik ani skuteczne składanie pieczęci.
Wszystko działo się zbyt szybko, ale w dziwny sposób wszystko też było dokładnie takie, jak się nie spodziewałam. Mój plan zawiódł. Albo raczej — został przewidziany. To mówiło mi o nim więcej, niż jakiekolwiek słowa. Ten człowiek znał takich jak ja. Walczył z technikami ziemi. Walczył z ludźmi, którzy znikali pod powierzchnią i wracali, żeby uderzyć. Znał nasze sztuczki. I co gorsza — miał do nich stosowną odpowiedź. Kiedy przeskakiwał z jednej przeszkody na drugą, płynny, elastyczny, ścinający moje drewno jakby było z papieru, mogłam tylko obserwować i próbować zrozumieć, jak walczy. Nie szedł na ślepo. Analizował. Czytał nas jak otwartą księgę. Wybuch błyskawicy był jak trzask rozsadzającej się gałęzi. I nie było w nim ani krzty ostrzeżenia. Żadnego dźwięku, tylko światło i siła. Serce ścisnęło mi się na widok zbliżającej się wiązki, bo wiedziałam, że nawet jeśli przetrwam, Choushirou może nie mieć tyle szczęścia. Spojrzałam kątem oka na jego twarz, tę chwilową panikę, tę nieruchomość ciała, którą znałam aż za dobrze. Bał się. I słusznie. Ale to nie był jego moment na śmierć. To nie był jego moment na pożegnanie. Zacisnęłam palce. Drewno mogło pękać, ale ja nie. -UCIEKAJ! - Wrzasnęłam, byłam za niego odpowiedzialna, odepchnęłam się od ziemi najmocniej jak tylko mogłam złapałam go w pasie i przewróciłam, jednocześnie odpychając tak, abyśmy nie oberwali razem z tej techniki, jeśli miałam czas to podczas wstawania z ziemi sięgnęłam do mojej sakwy, oraz złapałam 3 shurikeny i cisnęłam w będącego w locie przeciwnika, następnie , łapię Choushiro, skupiam chakrę w stopach i staram się z całej siły odskoczyć jak najdalej się da, gdy wyląduję znowu ręka wędruje do sakwy na biodrze i wyciągam stamtąd dwa kunaie z "eventowymi" notkami wybuchowymi, ciskam pierwszą w niego i gdy ta ma się zbliżyć na odległość miecza aktywuję ją tak, aby plus minus podczas kontaktu wybuchła. Drugi kunai z notką trzymam dalej w ręce i czekam na rozwój wypadków, dysząc ciężko i łapiąc oddech, nie spodziewałam się, że ktoś mośe tak banalnie rozprawić się z moim atakiem. Czekałam na jakieś otwarcie, na coś co da mi sygnał do kontrataku.