Zmrok zapadł nagle, jakby ktoś przeciął niebo ostrzem i zgasił światło bez ostrzeżenia. Śnieg przestał być tylko tłem. Stał się przeszkodą, ciężarem i przeciwnikiem. Każdy krok w górę był walką z własnym ciałem, które coraz wyraźniej przypominało o granicach. Palce u stóp zdrętwiały dawno temu, dłonie straciły czucie, a oddech wydobywał się z ust ciężki i nierówny. Głód zaczął być czymś więcej niż tylko dyskomfortem. Był jak pusta przestrzeń w środku, która pochłaniała siły szybciej niż zimno. Kiedy dostrzegłem wejście do jaskini, poczułem coś, co trudno było nazwać ulgą. To nie była radość. Raczej chwilowe zawieszenie walki. Schronienie nie oznaczało bezpieczeństwa, ale dawało szansę, by nie paść na śnieg i nie zamknąć oczu na zbyt długo. Wszedłem do środka powoli, ostrożnie, pozwalając wzrokowi przyzwyczaić się do półmroku. Kamienne ściany były zimne i surowe, lecz brak wiatru wydawał się niemal luksusem. Cisza nie była jednak przyjazna. Była czujna. Oparłem dłoń o ścianę i przez chwilę stałem bez ruchu, nasłuchując. W takich miejscach cisza nigdy nie jest pusta. Zawsze coś w niej oddycha, coś obserwuje, coś czeka. Tym razem jednak jaskinia wydawała się opuszczona. Płytka, sucha, wystarczająca. Idealna na kilka godzin przetrwania. Nie na odpoczynek. Na przetrwanie. Kiedy usiadłem przy ścianie, ciało natychmiast zaprotestowało. Mięśnie zaczęły drżeć, jakby dopiero teraz pozwoliły sobie poczuć zmęczenie. Zamknąłem oczy tylko na moment i natychmiast je otworzyłem. Sen był teraz wrogiem. Zimno tylko czekało, aż się poddam. W myślach wróciła jej twarz. Koneko. Ciepło źródeł, przy których została. I ta świadomość, że jeśli ja zawiodę, jeśli nie wrócę, zostanie tam sama z człowiekiem, którego jeszcze nie zna. To wystarczyło, by wstać. Rozpalenie ognia nie było wyborem. Było koniecznością. Wyszedłem na zewnątrz i zacząłem szukać czegokolwiek, co mogło się palić. Suche gałęzie pod śniegiem, kawałki martwego drewna, wszystko, co nadawało się do spalenia. Każdy ruch był ciężki, każde zgięcie kolan kosztowało więcej energii, niż powinno. Palce nie chciały współpracować, ale zmuszałem je do ruchu. Powoli. Uparcie. Gdy wróciłem do jaskini z naręczem drewna, usłyszałem to. Głuche uderzenia łap o śnieg. Daleko, ale zbyt wyraźne, by je zignorować. Jedno zwierzę. Może dwa. Nie skradały się. Szły pewnie, jakby znały ten teren lepiej ode mnie. Ogień przestał być komfortem. Stał się linią życia. Uklęknąłem i zacząłem pracować nad iskrą, skupiając resztki sił i precyzji, które jeszcze we mnie zostały. Każdy ruch musiał być dokładny. Każda sekunda miała znaczenie. W takich chwilach człowiek przestaje myśleć o wielkich celach, artefaktach i zadaniach. Liczy się tylko jedno. Przetrwać noc. Przetrwać do świtu. Przetrwać wystarczająco długo, by wrócić.
Iskra pojawiła się dopiero po długiej chwili, jakby sama wahała się, czy w ogóle warto się narodzić. Drobne światło drgnęło między włóknami suchej kory, ledwie widoczne, kruche. Pochyliłem się nad nim natychmiast, osłaniając dłonią i własnym ciałem przed przeciągami zimnego powietrza. Oddychałem płytko, ostrożnie, jakby każdy zbyt mocny wydech mógł ją zdmuchnąć. Płomień chwycił powoli. Najpierw niepewnie, potem coraz śmielej, aż w końcu cienkie języki ognia zaczęły wspinać się po drobnych gałęziach. Ciepło nie przyszło od razu. Najpierw pojawił się tylko zapach dymu i trzask wilgotnego drewna, ale to wystarczyło, by napięcie w moich barkach odrobinę opadło. Usiadłem bliżej, wyciągając dłonie ku płomieniom, choć skóra na nich była tak zdrętwiała, że prawie nic nie czułem. Dźwięki na zewnątrz nie ucichły. Kroki były bliżej. Wolniejsze teraz, ostrożniejsze. Zwierzęta wyczuły ogień. Albo mnie. Przez moment patrzyłem w głąb jaskini, potem na wejście, gdzie cienie tańczyły od migotliwego światła. Każdy ruch płomienia tworzył nowe kształty na ścianach. Każdy mógł być czymś więcej niż tylko cieniem. Sięgnąłem do torby i sprawdziłem resztki zapasów. Niewiele. Twardy kawałek suszonego mięsa, odrobina wody, kilka ziół. Wystarczająco, by oszukać żołądek, nie by go nasycić. Oderwałem mały fragment i zmusiłem się do jedzenia powoli. Każdy kęs wymagał wysiłku. Ciało nie chciało przyjmować pokarmu, jakby uznało, że łatwiej będzie się poddać niż walczyć dalej. Nie mogłem na to pozwolić. Przymknąłem oczy na sekundę, pozwalając ciepłu ognia dotknąć twarzy. W głowie pojawił się obraz. Biała para unosząca się nad gorącymi źródłami. Śmiech, którego nie słyszałem od dawna. Jej sylwetka, stojąca w śniegu, z uporem większym niż góry wokół nas. To wystarczyło, by otworzyć oczy. Podsunąłem więcej drewna do ognia i oparłem się o skałę, nie pozwalając sobie na pełny odpoczynek. Sen czaił się tuż za granicą świadomości, kuszący, cichy. Zbyt cichy. Wiedziałem, że jeśli zasnę głęboko, mogę się już nie obudzić. Musiałem utrzymać czujność. Choćby resztkami sił. Na zewnątrz kroki zatrzymały się. Przez chwilę panowała cisza, tak gęsta, że niemal namacalna. Potem usłyszałem ciche parsknięcie, szelest śniegu, oddalające się ciężkie łapy. Ogień spełnił swoje zadanie. Na razie. Pozostałem w półsiedzącej pozycji, patrząc w płomienie, jakby w nich miała kryć się odpowiedź na to, co czeka mnie jutro. Szczyt wciąż był daleko. Artefakt wciąż istniał tylko jako obietnica. A ja byłem tylko człowiekiem, który w tej chwili próbował nie zamarznąć w pustej jaskini pośrodku gór. Noc miała być długa. Bardzo długa. A ja musiałem ją przetrwać, choćby każdy oddech był walką.
chakra 106% / 115% jeśli zużyłem pigułkę
-2 pigułki dla Neko
-1 pigułka żywnościowa dla mnie, jeśli trzeba
-2 pigułki dla Neko
-1 pigułka żywnościowa dla mnie, jeśli trzeba